Category Archives: kankanka

Jesienne wyzwanie – kamizela

Zwykły wpis

Próbowałam wcześniej napisać, ale mi nie wyszło 🙂

Zaraz jak tylko Ela ogłosiła jesienne wyzwanie ufarbowałam w runie wrzosówkę i uprzędłam troszkę na kamizelkę. Ponieważ kiepsko mi idzie wstawianie nowego posta to tylko w skrócie dużym i może mi się uda  fotkę pokazać 🙂

Ufarbowałam wełnę w marzannie, utrwalałam octem. Gryzie umiarkowanie :), da się nosić na coś pod spodem.

Cały cykl opisałam http://ankikankankiskakanki.blogspot.com/2012/09/skubana-przerobiona.html

i tutaj: http://ankikankankiskakanki.blogspot.com/2012/09/skubana-wrzosowka-we-wrzesniu.html

Uff, jakoś z mozołem poszło, ale muszę ćwiczyć wordpressa.

Reklamy

Wiosenna torebka

Zwykły wpis

Zakończyłam właśnie swoje zadanie ogłoszone na blogu Prząśniczka.
Z wełenki własnoręcznie upranej, ufarbowanej i uprzędzionej udziergałam (4 „U”!!!!) – torebkę.

Druty nr 3.4. Guzły miały być. Kolor miał być naturalny, zielony.
Zaczynałam z pięć razy zanim sobie szerokość ustaliłam, bo całość chciałam wykorzystać.
Zostały mi cztery metry gładkiej, którą sobie w trakcie zaplanowałam na wykończenia.

Torebka ma wymiary użytkowe 30/30 cm, jest po prostu workiem, bez bajerów, w środku lniana podszewka. Haft swobodny wełną, lnem, muliną. Dość bylejaki, ale początkowo naszyłam guziki w kształcie stokrotek i mnie ta sztuczność poraziła, więc już wolę swoje hafty mało profesjonalne. Ale szybkie 🙂

Podszewka – recykling z zasłonki, guzik – zdobycz z lumpeksu, wełna do wyszywania – skarb za złotówkę- lumpek.
Te szczepki obok to dla porównania, że zieleń jest naturalna.
O farbowaniu pisałam TU.


Na zielono, na wiosnę, na radochę!

Zwykły wpis

Mimo ciepła jakaś ta wiosna mało wybujała jeszcze.
Więc pragnąc by w końcu była bardziej, nie bacząc na bieliznę alpaki i moc innej roboty rzuciłam się, by podjąć zadanie ogłoszone na Prząśniczce.

Jakże by inaczej niż zielony kolor!
Potoczyłam okiem i wyjęłam białą – brudną wełenkę owczaną, którą od Asi Appolinar dostałam razem z jacobsem.


Runo krótkie, miękkie, prawdopodobnie jest to merynos.
Nawet bardzo prawdopodobnie, bo zachowuje się dokładnie jak włos merynosa.
Uprzędłam część na brudno, z lanoliną, część upraną. Niczego nie czesałam. Poleciałam na łatwiznę.
Wprzędłam wszelkie zgrubienia, grubo.
Wyszło mi 16 deko grubaśnej wełenki, która po praniu rozpuchaciła się właśnie jak merynos, stąd moja pewność.
W wełnie była początkowo niesamowita ilość drobin, piasku, ale efekt końcowy był zupełnie inny. Wszystko wylazło! Nawet jeśli gdzieś napotkam jakieś źdźbło to wyjmę je po prostu w trakcie roboty.
Pofarbowałam w małej ilości wody, w garze, temperatura 80 st, utrwalane octem. 
Farbki najtańsze, z motylkiem, do bawełny, kolorek uzyskany przez mieszanie.
Wcześniej wytrawiłam wełnę w roztworze płynu do naczyń, ocet dodałam po pół godzinie.
W sumie farbowanie pierwsze trwało godzinę. Nic nie puszcza, nic się nie sfilcowało.


Po pierwszym farbowaniu uzyskałam bardzo jadowitą, nienaturalną zieleń, widać ją w lewym górnym rogu.
Zdecydowanie nie był to kolor wiosenny lecz fosforyzujący.
Dodałam więc kilka kropel innych kolorów i nieco stłumiłam.
Na zdjęciach i tak nie widać, alem uzyskała naturalny, żywy odcień zieleni.


Wszystkie bąble się ładnie wtopiły w nitkę, już robiłam próbki i jednak dam ją na druty 3.5, będzie ścisła dzianina, i jak wyjdzie dobrze, nie będę filcować.
Z tego ma być torebka. Taki żywy akcent dobrze będzie pasować do innych moich zielonek. 
Oprócz tego mam ochotę na ozdobienie tej torebki albo haftem wełną, albo filcowaniem na sucho. Coś wybiorę. 


Prać czy nie prać – oto jest pytanie!

Zwykły wpis

Nie będę już tu wklejać całości, ale u siebie opisałam dość dokładnie pranie alpaki. Link jest TUTAJ.

Natomiast trafiłam na artykuł, który pokazuje różnorodność wśród narodów i ich zwyczaje dotyczące prania lub nie przed przędzeniem.
Artykuł jest po angielsku, ale kto nie kumaty da sobie radę przy pomocy Chrome, lub Google Tłumacza.
Spinningforth – pranie wełny.

Zapraszam do czytania!

Moje złote runo

Zwykły wpis

We wrześniu – zaczynam od wrzosówki!
Mam ją od Pani Beaty – Owcy Rogatej!!!!!!

Na szczęście mieszkam blisko i mogłam ją sobie przywieźć!

Na podwórku czekała na mnie wielka poszewka z runem.
Umawiałam się na trzy kilo, ale dopiero w domu okazało się, że dostałam tego szczęścia 8!
Oczywiście była to wełna prosto ze strzyży, nieprana.
Behemot  pierwszy się odnalazł przy pakunku i sprawdzał co za zwierzę pani do domu przyniosła.

W środku znalazłam 4 całe runa. Trzy brązowe, jeden szary.
Przed praniem wełna wyglądała tak:

Na górze jest futro brązowe, na dole szare. Nie było zanieczyszczone tak jak się spodziewałam, ot trochę słomy, traw, nasion. Większe strąki sfilcowane usunęłam od razu.
Pachniało cudnie – ja lubię ten zapach! Jestem archetypem i nie potrafię nawet udawać, że to nie dla mnie.

Wykorzystując upalne dni ostatnie zabrałam się do prania.
Wcześniej wykoncypowałam, że lanolinę można trochę rozruszać w tłuszczu, więc ustawiłam swój piec na temperaturę 47 st (lanolina rozpuszcza się powyżej 42 st) i zrobiłam emulsję z oleju roślinnego.
Lałam „na oko” tego oleju, tak aby było dość.
Kiedy wkładałam wełnę od razu wypływały brudy. Miętoliłam ją delikatnie by nie pofilcować, ale na tyle mocno, by palcami poluzować jak najwięcej włosia.

Tu się Franiu pierze, to pierwsza kąpiółka z olejem roślinnym :))))), widać jak brud emulguje!

Za każdym razem partię runa przenosiłam do innej miski z taką samą temperaturą i w kolejnej kąpieli dosypywałam  amoniak. Dopiero na koniec używałam detergentu z octem, aby wymyć tłuszcz.
Wyprane kawałki wkładałam do woreczka z firanki i wirowałam w pralce 2 razy. Potem takie strąki zarzucałam na sznurki i po kilku godzinach w takim upale miałam suche.
Dzięki pogodzie cztery owce uprałam w dwa dni.

Doglądający postępu Mąż zaczynał raz po raz dyskusję z archetypem na temat prania łowcy.
I cały czas uparcie powtarzał, że wełnę górale piorą w moczu. A on z synem są gotowi do poświęceń jeśli zasponsoruję beczkę piwa – na wyścigi wtedy dostarczą mi tego drogocennego środka.
Pognałam precz niestety dawcę, tego już moja dzikość by nie zniosła. 🙂

Pierwsza partia wyszła mi tłusta, widać pożałowałam detergentu. Ale za to tak sprawione włókno wyczyściło mi kołowrotek po alpace 🙂

Tak wygląda runo po praniu:

Brązowa wrzosówka ma takie piękne rudawe refleksy wymieszane z czarnym,  a szara przypomina szetland!
Poza tym to chyba nie do końca jest taka zwykła wrzosówka, ma dużo bardziej puchate runo. Włos osiąga długość 18 cm. Chyba dostałam prima sort!

Od razu z pierwszej partii (tej tłustej) uprzędłam na dzikusa trochę metrów.
Na dzikusa – bo włos wyciągany od razu, bez rozczesywania, jedynie usuwając palcami resztki zanieczyszczeń. Powstała swoista wełenka yarn art  2ply w ilości 480 metrów i o łącznej wadze 265 gramów.
To takie dwa motki na razie.

Wełna jest cudna. Z tak grubo przędzionej powstać powinno okrycie wierzchnie. Uprałam jeszcze raz w motkach. Nie suszyłam pod obciążeniem. Chciałam, by wszelkie zgrubienia były od razu widoczne.
Wymyślam fason płaszczo-opończy. Znakomicie pasuje do mojego dzieła z wełny spaniela!

Wełna nie jest bardzo delikatna, ale ja ją testowałam w okolicach szyi i owszem – czuję ją,  jednak nie jest to drapanie. Ale to już wiecie – z mamutów jestem.

No i jeszcze jedna rzecz:
Pani Beata ją darmo daje, ale gdybyśmy zostawiły chociaż symbolicznie to może udało by się jej uzbierać na kołowrotek? 
Ten, który posiada stęka już i boli go wszędzie. Korniki mu dały popalić. Szpulki ma nie od kompletu bo się blokują. Nic moje macanie nie pomogło. 
Staruszek winien przejść remont kapitalny. Póki co do Pani Beaty wyruszy mój Gad. 
Jak Ona na nim opanuje przędzenie to nic Jej nie zaskoczy! 
Ja to mam szczęście do Ludzi! Że też tylko takich ciekawych pasjonatów napotykam!!!!!

Dodatek Tłumacz

Zwykły wpis

Ja wiem, że śmiesznie i często tylko kontekst łapie, ale bardzo przydałby się dodatek na bloga Google Translator.

Ostatnio do swojego bloga dodałam kilka niemieckich. Dziewczyny bardzo chętnie zajrzały by i do nas.

Można oczywiście sobie nim całe strony tłumaczyć, ale wymaga to skopiowania za każdym razem adresu i wklejenia do translatora. A tak – klikną z boczku i gra gitara.

Elu – proszę dodaj, a jeśli Dziewczyny uważają, że niepotrzebny to niech się wola ogółu stanie.

Moje pierwsze navajo

Zwykły wpis

Sprzędłam 30 deko ufarbowanego w kolory Wielkiego Kanionu. TU MOJA INSPIRACJA.
A zwłaszcza to zdjęcie
Bardzo żmudna to była praca bo uzyskałam 65 WPI ale miejscami więcej.
Układając czesankę w długie kolorystyczne pasma, aby uzyskać łagodne, długie zabarwienia dotarłam do końca i zaczęłam splatać navajo.

Z wielkim podziwem od teraz patrzę na wszystkie prządki, które mają w małym palcu tą technikę. Splatanie jest proste i oczywiste, ale trudne przy tak cienkiej nici.
Bywało, że uplątałam się jak pajęczyca, a tu trzeba delikatnie cienizny rozplątać. Zaparłam się jednak.
Nie przędłam do tej pory nic bardziej pracochłonnego. No, może spilśniona bajtusiowa sierść dorównuje. Łatwiej jest tak prząść nić grubszą. Musiałam się na własnej skórze przekonać.

Ogólnie: ciut powyżej 30 deko, w navajo uzyskałam 966 metrów, co daje w pojedynczej 2898 metrów całości (na 10 deko 966 metrów singla).
Motki są suszone bez obciążenia i wytrzepane, więc uzyskałam puszystość. WPI gotowej nici przed praniem 25-27. Ale po praniu, kiedy się rozpulchniła mam 21 WPI.
Najładniej wychodzi na drutach 3-3,5.
Próbki są z wełny prosto ze szpuli dlatego taka nierówna robótka.


Bardzo podoba mi się w tej technice łagodna przyjemna zmiana kolorów, to coś innego niż melanż. Szczególnie spokojnie wygląda to na tak pofarbowanej czesance, która bawi się odcieniami pokrewnymi.
Zależało mi na pasowym ułożeniu odcieni, chciałam dokładnie Wielki Kanion odwzorować.
Kolor mojej czesanki nie zawiera żółci, to Kanion o zachodzie słońca, raczej pastelowy w odbiorze. Sporo tam zgaszonego beżu, przytłumionej czerwieni, różu o odcieniu brązu, jasnego ciepłego różu, gdzieniegdzie przebija chłodny brąz.
Farbowałam w folii na parze.


I zmęczona i dumna jestem z tej wełny.

Marudzić długo nie będę, w garze ujrzałam piękne czerwone barwy, zanim wyschnie pomyślę nad techniką :)))) bo navajo wciąga, oj wciąga.
A przecież ja jestem w gorącej wodzie kąpana i lubię szybkie efekty.
Z drugiej strony melanże są po jakimś czasie nudne w robocie. Chociaż też miłe dla oka.

Fantazja nie jest urojeniem

Zwykły wpis

Od 10 lutego mam kołowrotek Fantazja państwa Kromskich.
Przyznam, nie bardzo wiem do czego służą te różne przerzutki, ustawiłam je sobie do przędzenia podobnie jak w moim Gadzie, ale wypadało by wiedzieć do czego reszta słuzy kombinacji.
Na szpulce są dwa przełożenia, na kole też dwa.
Liczę na podpowiedzi osób, które mają Fantazję lub wyczytały gdzieś informacje na ten temat.

A to moja Lalunia, bo ten kołowrotek tak sobie nazwałam domowo:


Dzieło z wełny spaniela

Zwykły wpis

Z wełny pozyskanej z mojego psa cockera uplotłam szal, który równocześnie może stać się czapką.


Wykorzystałam całość, czyli 10 deko, część nitki jest łączona z nicią moherową, a falbanka dokoła z nicią jedwabną, co ma zapobiec filcowaniu się tego tworu.

Pomysł na czapkę wpadł, kiedy zakochałam się w czapce autorstwa Gai – Beaty Jarmołowskiej. Moja jest zdecydowanie mniej ozdobna, ale i tak na ulicy oglądają się ludzie za nią. Górę ma zdobić nie pęk włóczki tylko dredy, które to być może jeszcze uplotę, póki co czasu nie mam 🙂
Ale plusem jest to, że w kilka sekund mogę mieć czapkę lub szal do omotania.

Nietypowe

Zwykły wpis

Zakupiłam wczoraj szpulkę z wrzecionem do swojego kołowrotka.

Intryguje mnie nietypowe rozmieszczenie haczyków. Na tej zakupionej są tylko po prawej stronie. Na zdjęciu widać gorszą stronę z pogniecionymi. Z tyłu są również po prawej stronie w stanie idealnym.
Na moim kołowrotku właściwie mogę tych ramion używać tylko do skrętu w 2ply, lub odwrotnego 1ply.
Ciekawi mnie, z jakiego modelu pochodzi? Czy ktoś z Was widział takie rozwiązanie?

A tu moja Gadzina zaraz obfotana po przyjeździe do domu, wywaliłam kądziel, bo mi niepotrzebna



Pozostaje szukać trzeciej szpulki coby szczęście było w pełni!