Tag Archives: Lady Altay

Nawijarka – snowadło?

Zwykły wpis

Na allegro znalazłam kolejną ciekawostkę: http://allegro.pl/nawijarka-do-welny-antyk-i2591341857.html Może komuś się spodoba bo urządzenie jest interesujące. Szkoda tylko że dosyć drogie.

pozdrawiam

Reklamy

Zgrzebła – zrób to sam.

Zwykły wpis

Kilka osób sie tym zainteresowało na moim blogu, więc wrzucam i tutaj, choć trochę się zastanawiałam czy jest sens dublować tematy opracowane już przez kogoś innego (wczesniej takie cosie pokazywała E-wełenka).

Ale jednak dorzucę swoje trzy grosze – zwłaszcza dla wszystkich domorosłych Ewek Słodowych ;-), które potrzebują czesadeł możliwych do wykonania niewielkim kosztem 🙂

A tak wyglądają wykonane przeze mnie czesaki:

Nie śmiać się proszę – moje boje z wiertarką wcale nie były śmieszne. Od razu ostrzegam że z tym piekielnym urządzeniem trzeba ostrożnie się obchodzić, bo łatwo sobie wywiercić dziurę w nodze albo ręce zamiast w desce. Albo w parkiecie skoro już o tym mowa. Ale skoro ja z moimi dwiema lewymi rękami, dałam radę to pewnie poradzi sobie średnio zorientowany szympans 😉 a co dopiero zdolna prządka. Wiertarka w sumie podobna nawet do kołowrotka – też się kręci ;-|

No więc potrzebujemy tą wiertarkę i wiertło. Wiertło musi byś specjalne do drewna (z takim małym ostrym czubkiem). Jego rozmiar uzależniony jest od rozmiaru gwoździ jakie zamierzamy użyć. A gwoździe zależą  od naszej fantazji, potrzeb i grubości deski do której je mocujemy. Moje to standardowe z marketu i mają 80mm długości i chyba 3mm średnicy. Deska natomiast ma wymiar 9x11cm (akurat taką miałam pod ręką). I teraz wygląda to tak, że dla tak grubych gwoździ nawierciłam za gęsto otwory (co 1cm) i nie da się tych czesaków używać naprzemiennie bo się blokują. Na szczęście da radę czesać wełnę spokojnie na jednym – po prostu przeciągając ją wielokrotnie garściami aż się wyzgrzebli. Jak będę robić następne zgrzebła to na pewno zrobię gwoździe rzadziej – co 2cm. Ewentualnie wyciągnę z jednego co drugi gwóźdź żeby po prostu sprawdzić jakie ustawienie lepsze.

Jak już nawiercimy dziurki to trzeba wsadzić gwoździe. Jeśli dobrze dobraliśmy wiertło i gwoździe się trzymają same w drewnie to właściwie zgrzebło gotowe. Natomiast jeśli dziurki wyszły za duże to można sprawę uratować przyśrubowując od spodniej strony drugą deseczkę blokującą (widać na górnym zgrzeble). Moja deseczka jest do wymiany – za gruba przez co zgrzebło jest ciężkie.

Dla absolutnie niezorientowanych – niestety nie da się tego zrobić bez wiertarki, bo wbijanie gwoździ powoduje rozszczepienie się drewna. I nie da rady tego obejść 🙂
Końcowy bilans strat to 154 dziurki w deskach, dwie w parkiecie, jedna w palcu, dwa ułamane wiertła i bolący bark (bo włączył mi się udar)  😉


No i krótko o zgrzebleniu – idzie rewelacyjnie, znacznie sprawniej i szybciej niż na moich malutkich kocich czesaczkach. No i sposób jest bardziej historyczny, co ma dla mnie osobiście duże znaczenie. Wprawdzie wełna nie wychodzi tak idealnie „wyczesana”, jak w taśmie i  na współczesnych czesakach, ale rozluźnia się i układa, tak że można ją prząść bez problemu. Można to potraktować jako wstępną operację rozluźniającą runo przed finalnym czesaniem – dlatego określam to jako zgrzeblenie, a nie czesanie.

Na zdjęciu widać na czesaku wełnę z cakli podhalańskich. Ten koszyk zajął mi jakieś pół godziny. Wagowo to niezbyt dużo, ale na małych czesaczkach szło by znacznie wolniej. Teraz idzie wrzosówka a zaraz po niej resztka owcy pomorskiej.

Ta więc jestem zadowolona i mogę z czystym sumieniem polecić takie ustrojstwa.

Jak macie jakieś pytania natury technicznej to zapraszam do komentowania 🙂

Kampesz, niebieskie drewno, logwood, blauholz

Zwykły wpis

Chwilę się zastanawiałam czy wrzucać poniższego posta również tutaj, ale pomyślałam że jeszcze nikt nie opisywał swoich eksperymentów z tym barwnikiem i może będziecie zainteresowane 🙂

A więc…

Zakochałam się w kampeszu 😀 Szczerze powiedziawszy to zamówiłam go niejako na doczepkę do koszenili i w pewnym momencie się zastanawiałam się, czy się nie wycofać, ale teraz bardzo się cieszę że jednak wzięłam ten barwnik. Nazwy tego ustrojstwa są różne – przykładowe w temacie. Generalnie jest to pochodzące z Ameryki Południowej drewno.

Jak na „niebieskie drewno” przystało, wiórki są czerwone ;-D

Po przewertowaniu internetu względem receprtur (polecam zwłaszcza nieśmiertelne Wild Colours), zdecydowałam się pierwszą próbę zrobić na ałunie z niewielkim dodatkiem kamienia winnego. Polecano dawać około 50g drewna na 100g wełny, ale mi się sypnęło niecałe 60g. Wyszedł z tego mały kubeczek. Zapakowałam w antygwałtkę i zalałam wodą a roztwór przybrał śliczny szkarłatny kolor. Zmełłam w ustach parę brzydkich słów i nastawiłam na gaz. Stwierdziłam że może przynajmniej zrobi się jakaś ładna czerwień. Jakie było moje zdumienie, gdy po wrzuceniu odczynników, kąpiel zaczęła stopniowo ciemnieć, aż osiągnęła kolor atramentu. Pod światło miała barwę jak gencjana. Pogotowałam z godzinę i zostawiłam do ostygnięcia. Potem wrzuciłam wełnę (około 100g), wcześniej wymoczoną w ałunie i kamieniu winnym. To co wyszło widać na zdjęciu (pierwsze od prawej) – ładny dosyć ciemny i nasycony fiolet.

Kąpiel była nadal ciemna więc zdecydowałam że jadę dalej. Po wystygnięciu machnęłam ręką na czesankę i wrzuciłam 130g motek, własnoręcznie przędzionego doubla, który i tak chciałam pofarbować na jakiś tam kolor i stwierdziłam że jasny fiolet (który teoretycznie powinien wyjść z drugiej kąpieli), będzie ładny na czapkę albo rękawiczki. Po wyjęciu ze zdumieniem odkryłam dosyć ciemny atramentowy granat. Fioletowy poblask prawie zniknął, a pozostała niebieskość 8-D

Podrapałam się w głowę i wrzuciłam (oczywiście po wystygnięciu) kolejną 100g partię czesanki. Zadowoliłby mnie jasny szaro-atramentowy, ale wyszedł kolejny atrament, choć nieco jaśniejszy niż poprzedni.

Kąpiel wyczerpała się dopiero gdzieś po szóstym razie. A raczej wyczerpała się moja cierpliwość bo ostatnia (szósta) setka wełny wyszła już po prostu jasnoszara. Przypuszczam że jeszcze by co nieco wyciągnął, ale już mi się nie chciało. Od mniej więcej czwartego razu wychodziło bardziej szaro niż granatowo.

Na fotce widać kolejne barwienia kolejno od prawej do lewej (brak ostatniego, który jeszcze się moczy a nie chciało mi się czekać aż wyschnie)

Jedynym minusem tego barwnika jaki zauważyłam, jest to iż pochodzi zza morza i jest kompletnie niehistoryczny na czasokres w Europie jaki mnie interesuje (patrząc pod kątem rekonstrukcji historycznej). Ale i tak zamierzam go używać (choć z zastrzeżeniami żeby nie było że oszukuję), zamiast indygowca (który mi kompletnie nie wychodzi) i urzetu (którego nigdzie nie można dostać).

Podobno bywa też różnie z jego światłotrwałością – czas pokaże. Niemniej jednak jest chyba sensowną alternatywą w tworzeniu palety barw. Straszliwie mi brakowało tych wszystkich niebieskości. A po głowie już chodzą mi pomysłý jak by tu pobawić się mieszaniem z koszenilą lub żółciami i uzyskać zupełnie nowe kolory 😀

PS: Fotki na moim monitorze wyszły nieco jaśniejsze niż w rzeczywistości, no ale to normalny problem przy oddawaniu kolorów via fotografie :-

Spotkanie warsztatowe na Grunwaldzie 2012

Zwykły wpis

Zastanawiałam się czy to tutaj też ogłaszać, ale uznałam że chyba nie zawadzi 🙂

Otóż moja misja popularyzatorska nakazała mi choć spróbować wykrzesać coś z tej imprezy 😉
Tak więc zapraszam zainteresowane, które akurat będą w okolicy.
Więcej informacji na fejsbuku i Freha

Pomyślałam że to fajna alternatywa, dla dziewczyn które siedzą przy ogniskach i nudzą się jak mopsy. Co prawda nie wiem czy ktoś w ogóle przyjdzie poza znajomymi i stałą ekipą ale chyba warto spróbować.

Zatem zapraszam serdecznie także osoby spoza RR – dla informacji znaleźć nas można będzie w Obozie Kuglarzy i Artystów 😀

Edit: i przperaszam za zamieszanie – zaraz się uspokajam i już nie będę dublować postów ;-|

Kołowrotek –

Zwykły wpis

Powinnam po raz kolejny wrzasnąć eureka! No bo jakiś czas temu udało mi się uruchomić Gwidona – pisałam o tym tutaj A trochę wcześniej kupiłam na alledrogo kołowrotek kopany, którego również za nic nie mogłam zmusić do pracy. Opisywałam moje perypetie tutaj No więc ten drugi stał sobie w kącie niczym wyrzut sumienia i zagracał mi mieszkanie. Najbardziej dobiła mnie w komentarzach Ela, że jest to kołowrotek ozdobny i raczej nie będzie się nadawał do przędzenia. Stał i stał i nabrał chyba wartości urzędowej bo dziś postanowiłam go wywieźć do moich rodziców. Ale oczywiście wywlekłam gada i po raz ostatni postanowiłam spróbować. Działa tu chyba jakieś prawo Murphego, bo jak tylko zapuściłam kółko to zaczęło działać 8-| I niech ktoś mi powie że to jest normalne – nie działało, nie działało, doprowadzało mnie na zmianę do szewskiej pasji i do płaczu i nagle zaczęło? Nie mam zielonego pojęcia co się takiego z nim stało i dlaczego. Ale zaczął skręcać i nawijać na szpulkę.

Na razie nieco przekręca mi nitkę (ale ja generalnie mam z tym problem i myślę że to kwestia wyczucia) i zrobiłam na szybko jedynie nieco grubszej przędzy na próbę nie przejmując się zbytnio węzełkami i zgrubieniami, żeby tylko złapać rytm i go wyczuć. Chyba się udało 😀

 

 

Z wad jakie zaobserwowałam to faktycznie ma malutką szpuleczkę no i kółko jest niewielkie, a więc i przełożenie niezbyt szybkie. Niemniej jednak dam radę go wykorzystać do pracy z czego się bardzo cieszę bo jest śliczny i działało mi straszliwie na nerwy że nie potrafiłam go używać. Myślę że da się go wykorzystać szczególnie do przędzenia cienkich wydajnych nici do szycia i haftu a do grubszych włóczek zostawię „Gwidona” 🙂 Ale przynajmniej mam się czym pochwalić I własnie powstaje w mojej głowie plan by dać do renowacji i dorobienia brakujących części, zdekompletowany kołowrotek mojej mamy – jak mi tak dobrze idzie to może też da radę go uruchomić 😀

 

Wrzosówka

Zwykły wpis

Wreszcie udało mi się ogarnąć po powrocie z przedłużonego weekendu, na tyle by otworzyć paczkę, która do mnie przyszła pod nieobecność 🙂 A tak skarby niemożebne, bo otrzymałam od koleżanki z forum Freha, wełnę z wrzosówek!

Dostałam trzy paczuszki – jedną z dużej dorosłej owcy oraz dwie z jagniąt. W dodatku jedno z jagniąt miało ciemno brązową, a miejscami czarną sierść!. Dla mnie to skarb, bowiem moje zapędy rekonstruktorskie mówią mi, iż w szeroko pojętych wiekach dawnych było więcej owiec kolorowych niż białych, a jeśli dodać do tego prymitywizm rasy, to ani chyba wyjdą mi z tej wełny jakieś piękne mega full wypas rzeczy ;-D  I będzie można je nazwać prawdziwymi rekonstrukcjami a nie tylko kopiami lub stylizacjami :-)Dlatego zamierzam cały proces obróbki przeprowadzić maksymalnie historycznie.

Tak więc na początek  zabrałam się powolutku za sortowanie tej wełenki. Jest bardzo miękka i przyjemna w dotyku, ma sporo zanieczyszczeń roślinnych ale poza tym jest zaskakująco czysta. I teraz mam problem bo zaginęły mi gdzieś moje czesaki. Miałam co prawda tylko takie malutkie do czesania kotów perskich, ale wystarczały, no i teraz mam problem. Skończy się tym że wprowadzę w życie plan „B” i nabędę drogą kupna kawałek deski i tysiąc gwoździ 😉 by zrobić bardziej prymitywną wersję grępli. Lub też wdrożę plan „C” , zakładający jedynie wytrzepanie  wełny witkami metodą mongolską 🙂 O metodzie tej zresztą za niedługo pewnie popełnię jakiś wpis, bo jakiś czas temu eksperymentowałam i wyszło bardzo fajnie  a teraz zanosi się na kolejne próby.

Jeszcze nie zdecydowałam co dokładnie zrobię z tą wełną – część na pewno będę chciała uprząść (na wrzecionie) a część spróbuję ufilcować. Ale na pewno pokażę na blogu wyniki 🙂

A na razie się pochwalę fotkami i idę dłubać dalej.

Ciekawostka z allegro

Zwykły wpis

Pozwalam sobie wrzucić linka którego dziś wyszperałam na allegro. Może komuś się spodoba 🙂

 Motowidło 

Dotąd widziałam wyłącznie metalowe parasolki tego typu więc ta wydała mi się ciekawa.

pozdrawiam

Powitanie!

Zwykły wpis

To ja dziś spróbuję możliwości nowej platformy i przy okazji się przedstawię. Mam na imię Dominika i obecnie mieszkam w Trójmieście. Zajmuję się głównie rekonstrukcją historyczną, ale też trochę dłubię współczesnych rzeczy. Interesuje mnie wszystko od początku – raz prawie wpakowałam się w hodowlę owiec wrzosówek, niestety warunki nie pozwoliły, choć nadal jest opcja że kiedyś sobie niewielkie stadko sprawię 🙂

Wreszcie po długim czasie podczytywania i niekiedy komentowania, odważyłam się zapytać o możliwość przyłączenia się do oficjalnego grona Prządek 😀

Miło mi że będę teraz mogła współtworzyć tego bloga.

Od ponad roku przędę na wrzecionie, bawię się barwieniem naturalnym, obrabiam wełnę i nieco filcuję. Ostatnio udało mi się opanować kołowrotek – niestety jedynie elektryczny bo taki posiadam a opiszę go dokładniej w którymś kolejnym poście, bo to dosyć kuriozalna konstrukcja 😉

A tak wygląda:

A poniżej także moje wrzeciona. Oprócz tego drewnianego (które dostałam od Rity/Moiraine :-)) wszystkie zrobiłam sama. To są te prząśliki, które używam bo sporo swego czasu eksperymentowałam z różnymi kształtami i wagami i nie wszystkie mam osadzone, bo mi się nie sprawdziły albo po prostu nie pasowały.

No i na koniec pochwalę się moimi ostatnimi wełenkami. Jestem z nich bardzo dumna bo zrobione zostały już na kołowrotku, a nie na wrzecionie 😀 Wszystkie są z polskiej wełny z Poltopsu, na której zwykle pracuję (choć przymierzam się powolutku żeby zamówić sobie  kilka szlachetniejszych próbek).

PS: chyba udało mi się z grubsza opanować z czym się je ten interfejs. Jeśli jednak coś wyszło nie tak, to czuję się  na razie upoważniona do zwalenia winy na moją nieznajomość systemu ;-D

pozdrawiam